sobota, 29 listopada 2014

ROZDZIAŁ III Nie jestem mordercą!!!


Jestem okropnie zła na niego. Obwiniam go za obecny stan rzeczy. Jest w Radzie Narodów.  Został wybrany razem z szóstką innych osób spośród kandydatów Paylor przez burmistrzów z Trzynastu Dystryktów. Przyjmują i odrzucają reformy bądź ustawy pani prezydent. Zanim cokolwiek jest ogłoszone przechodzi przez tą właśnie instytucje. Rzucam mu się do gardła. Moje palce wbijają się w jego szyję, czuję jego drobne kosteczki, na które naciskam z wielką siłą. Po chwili Strażnicy i Haymitch odciągają mnie od niego. Stoi, pociera ręką szyję i patrzy się na mnie. Jestem jeszcze bardziej wściekła.

-Czego chcesz? Czego? Nie mam już nic. Możesz brać, co chcesz! Jedyne, co możesz zrobić to zabić mnie, ale to ci się nie uda. Jesteś za słaby. Czego chcesz? I przestań pocierać szyję! Biedaczek, poczuł namiastkę smaku starcia ze śmiercią. Ojejku. Przepraszam!

-Katniss! Spokój! Co w ciebie wstąpiło? Skarbie uspokój się! Już dość! Koniec! –wykrzyczał mi prosto w twarz Haymitch. Nie mogę tego znieść nikt nie będzie mnie teraz upokarzał. Zaczęłam się miotać i próbuję wyrwać z ich uścisku. Na próżno. Jestem zaskoczona przewidzeniu przez nich tej sytuacji. Byli przygotowani. Czy ja jestem naprawdę, aż tak łatwo przewidywalna? Postanowiłam się uspokoić, aż tak ich nie uszczęśliwię. Najbardziej zadziwia mnie zachowanie Peety. Przenikliwie patrzy mi prosto w oczy jakby chciał wiedzieć się dzieje w środku mnie. Nie pomógł dla Haymitcha mnie odciągnąć, teraz tak jak wcześniej stoi oparty o ścianę. Przypomina mi się sytuacja sprzed roku. Gdy uradowana rzuciłam się w jego ramiona, a on próbował mnie zabić. Omal mu się to nie udało. Gdyby nie inni być może Kosogłos umarłby przed wygraną i to przez jednego z najbliższych mu osób. Co ja zrobiłam? Jest mi teraz wstyd, ale nie mogę tego okazać dla innych.  Strażnicy wyciągnęli mnie z domu. Ciągną mnie po ziemi w kierunku Łąki. Co chcą ze mną zrobić? Przede mną idzie Haymitch, co mnie trochę uspokaja. Ale dalej nie rozumiem gdzie i po co idziemy? Chwila przecież oni prowadzą mnie do lasu. Zaczęłam się szamotać, nie mam zamiaru zostać tam zamknięta i przywiązana najprawdopodobniej do jakiegoś drzewa, podczas gdy ta żmija będzie przebywała razem z resztą. Muszę się wszystkiego dowiedzieć. Jeszcze mocniej się wyrywam. Niechcący walnęłam jednego strażnika łokciem w twarz. Osunął się na ziemię. Mam teraz okazję do ucieczki. Niestety drugi złapał mnie za ręce i związał jakimś sznurkiem. Peeta chwycił mnie za dłoń. Nie wiem, co to ma znaczyć. Może chce, żebym się uspokoiła. No dobra, zobaczę, co chcą zrobić, w końcu las to mój żywioł, a ogrodzenie pod prądem zostało zmienione na cztero metrowy płot. Dam sobie radę.

Wszyscy siedzą na krzesłach obok piecyka, ja jestem ciągle pilnowana przez Haymitcha jego czujnym okiem. Jesteśmy w chatce nad jeziorem. Tu nie ma podsłuchów. Świetnie zdajemy sobie wszyscy sprawę, że nikt nie przyjechał do nas i nie szperał w celu ich odkrycia. Rozmawiamy o całym zajściu. Peeta bierze czynny udział w dyskusji i próbuje wtrącać swoje pięć groszy na temat igrzysk.

-Sądzę, że powinniśmy pojechać do Kapitolu i to jak najwcześniej, w końcu to tam możemy dowiedzieć się najwięcej rzeczy.

-Zgoda. Masz rację. Tylko czy otrzymamy pozwolenie na pałętanie się po całym pałacu i czy wolno nam będzie wychodzić poza teren „Szkoleniska”? –wtrącił słuszną uwagę Haymitch. Jako jedyna wśród zgromadzonych nie pisnęłam nawet słówka.  Może powinnam? W końcu jak chcę się czegoś dowiedzieć to muszę udawać zainteresowaną, a nie obłąkaną dziewczynkę z zamiarami zabicia Plutarcha. Choć tak właśnie dokładnie jest.

-Jeśli nie będziemy mogli my, to będzie mogła Effie. Przynajmniej ja tak sądzę.- Przełamałam się i powiedziałam coś niekoniecznie mądrego, ale przynajmniej na temat, a to już coś.

-Effie jest z nami w drużynie. Zapomniałaś? Nikt jej nie dopuści do takich informacji ze względu na jej ścisłą współpracę razem z nami.- odpowiada mi Peeta. Dalej próbuje wbić się mi do podświadomości. Przeszywa mnie swym wzrokiem. Ma piękne błękitne oczy.

-Nie. Po prostu sądzę, że trzeba kogoś zaradnego i zaufanego wtajemniczyć w nasz plan. Kogoś, kto będzie udawał niewiniątko i łatwo będzie mógł zdobyć wiadomości. Na przykład Effie.

- Hmm… Może ja? Pracuję w telewizji. Pare przemówień Paylor ułożyłem sam Być może i następne trafią do mnie? Do ich napisania potrzebuję najpierw informacji. –powiedział Heavensbee, patrząc dokładnie mi na ręce, jakby obawiał się ponownego ataku. Uśmiechnęłam się delikatnie to miło, że się mnie obawia. Widać nie jestem mu obojętna, a to dobry znak.

-Powiedziałam kogoś zaufanego, kogoś, komu ufamy bezwzględnie…- nie mogłam się powstrzymać od powiedzenia tej myśli na głos..

-Katnissss, proszę ja ciebie.- zasyczał Haymitch.

-Powiedziałam tylko to, co myślę. Czy to coś złego?- Muszę się trochę uspokoić, bo na jego krzyk dwa goryle, którzy byli przed chatką, stoją teraz nade mną i mocno wbijają pazury w moją ulubioną pomarańczową bluzkę. Ulubionego koloru Peety.

-Tak, zdecydowanie tak! Na litość boską uspokój się i jak masz coś powiedzieć to wyłącznie mądrego. Jesteś nam potrzebna. Nie bój się, byłaś, a raczej jesteś Kosogłosem. Nikt nie ma odwagi cię skrzywdzić. Wszcząłby nieokrzesane poruszenie wśród ludzi. Jesteś pod ścisłą ochroną, jako gatunek zagrożony wyginięciem. Rozumiesz?- warkną. Kiwam głową, ale tylko i wyłącznie po to by Strażnicy poluzowali swój ucisk rąk. Wcale nie boję się o siebie. Jedynie o dwadzieścia czterech małych dzieci i moich rówieśników. Nie jestem zwierzem by być pod ścisłą ochroną gatunkową. Jestem człowiekiem. Owszem jestem zdolna do wielu rzeczy, ale nie do skrzywdzenia niewinnych osób. Nie do nieograniczonego mordu.

-Myślę, że wszystko już zrozumiała. A teraz, co zamierzamy zrobić z tym fantem? Myślę, że Katniss i Plutarch mają rację. Abermathy kiwną lekko głową i Straż wyszła powrotem na podwórko.

-Zdecydowanie potrzebujemy wtyki, a ty- tu wskazał palcem na Plutarcha-nadawałbyś się świetnie. Co wy na to?

-Jestem za. –Powiedział. Haymitch. Żadne z nas się nie odzywa, z chyba wiadomych przyczyn dali nam spokój i poruszają kolejną kwestie. Musimy się teraz postarać o zezwolenie na podróż i o przemieszczanie się po stolicy Panem. Pan Heavensbee jest jedynie planem „B”, co mnie nie zwykle cieszy. Nie mam do niego zaufania. On coś ukrywa, nie jest czysty. Czy puścili go do Dwunastki? Musiał zapłacić bilet i zarezerwować wagon. Przecież doskonale wiedzą, że spotkałby się z nami. Nie wierzę w to szczerze.

Właśnie pakuję ostatnią torbę, dwóch goryli dalej nie poszło mimo tego, że jestem w moim domu. Sama. Zdecydowaliśmy, że musimy być gotowi na ewentualne pozwolenie od Kapitolu. Mam już tego dość, czemu robią przed nami z tego tajemnicę? Przecież będziemy mentorami. W dodatku nie wiemy jeszcze, kogo. Ktoś zastukał do domu, a Goryl numer Dwa poleciał do drzwi. Nie wiem jak się nazywają, więc mówię na nich Goryl Jeden i Goryl Dwa. Tak samo jak kiedyś Legg Jeden i Dwa. Szkoda mi ich, to były złe i smutne czasy. Zginęło tyle niewinnych osób. Za dużo. Zdecydowanie za dużo. Walki nie były przecież wyrównane i to przez całą wojnę. Czekam, aż Goryl Dwa przyprowadzi mi gościa. Słyszę jak ktoś wchodzi po schodach. Przede mną stanął Peeta.

-Choć Plutarch ma dla nas wiadomości.- Nie jestem do końca przekonana, że chcę je usłyszeć.

-Okay.- Wstanęłam z łóżka i poszłam za Peetą. Goryle oczywiście za nami. Szczerze mówiąc zaczynają mnie denerwować, mogliby dać sobie święty spokój. Dobra rozumiem, że byli ze mną podczas narady, ale przez cały czas? Nawet jak jestem sama w domu albo z Melarkiem? Czy naprawdę mogę być śmiertelnym zagrożeniem? To trochę chore… Za wszelką cenę próbuję się od nich odsunąć na ulicy. Nie chcę by ludzie postrzegali mnie, jako zbrodniarza, albo, jako osobę tak ważną, że potrzebna mi jest ochrona. Pare razy nawet mi się to udaje. Gdy doszliśmy do Głównego placu Peeta pociągną mnie za rękaw wprost do tłumu, i zaczął biec, a ja razem z nim. Nie dogonili nas. Teraz wędrujemy po ciasnych i zapuszczonych uliczkach.

-Katniss, musisz się opanować, bo w przeciwnym razie będziesz musiała zostać w domu i czekać na zbawienie.- zatrzymał się spojrzał mi prosto w oczy. Byliśmy na odległość kilkunastu centymetrów. W jego błękitnych oczach zapaliły się małe iskierki. Dokładnie się mu przyglądam. Nie chcę ominąć choćby najdrobniejszego szczegółu jego twarzy. Wreszcie przerywam tą niezręczną ciszę:

-Co czułeś, gdy mnie po raz pierwszy zobaczyłeś w szpitalu?- odkąd Heavensbee przekroczył próg, chciałam go o to zapytać. Czułam się wtedy jak i teraz niekomfortowo, gdy na mnie patrzył.

-A, co ty czułaś?- odpowiedział pytaniem ma pytanie.

-Nie uzasadnioną złość.- powiedziałam chyba szczerze. W sumie nie mam pojęcia, dlaczego. To wszystko zadziało się w ułamku sekundy: on wchodzi, a ja go duszę, jestem odciągnięta, idziemy do lasu, pobiłam Goryla Jeden, siedzimy w chatce.

-No widzisz, a ja czułem nieuzasadniony strach. Strach przed tym, że nas wszystkich zabijesz, że przez ciebie zginą niewinni ludzie, a ja mogę być jednym z nich. Teraz wiem, że byłem pod wpływem jadu; trujących toksyn, które sprawiły, że cię znienawidziłem i przestraszyłem jednocześnie. Byłem pionkiem w grze Snow’a i Coin. A ty działałaś pod wpływem, czego?

-Chyba pod wpływem emocji. Nie wracałeś przez długi czas, bałam się, że cie zabrali i Plutarch przyszedł po mnie. Wtedy trzymał cię za ramię, myślałam, że cię schwytali. Ale gdy zaczęłam… Tak naprawdę czuję do niego wstręt. Nie wiem czemu ale winię go o całe zamieszanie.- Dopiero teraz zrozumiałam ten ogromny błąd, który popełniłam. Przecież on jest kompletnie czysty, to nie on, to jad gończych os. Ja to zrobiłam świadomie. Więc panowałam wtedy nad sobą. Na twarz wylazły mi rumieńce. Ugh… Pytając go oto wypomniałam mu ten czyn, pokazałam, że pamiętam, jaki potrafi być groźny… On nigdy by czegoś takiego mi nie zrobił, zawsze myśli o wszystkich.

-Przepraszam. Nie powinnam o to ciebie pytać…

-…To nic. Rozumiem po prostu chciałaś się dowiedzieć. W sumie to dobrze, bo od dłuższego czasu zastanawiałem się nad tym.- Mimo wolnie lekko się uśmiechnęłam. Zawsze potrafi poprawić mi humor. Pociągnął mnie za rękę i zaprowadził do małego pobocznego domku. Przy stole siedzi Haymitch z notatnikiem, a obok Plutarch.

-Widzę, że pozbyłaś się zbędnego balastu? To dobrze, nie będą nam przeszkadzali. – zaczął rozmowę.

-Siadaj skarbie, słuchaj załatwiliśmy te bilety. Najpierw jedziemy do Czwórki, do twojej matki w odwiedziny, a z stamtąd prosto do Kapitolu, ale już jako Lili Rose, Peter Haws, Louis Clint oraz Thomas Latir.

-Lili Rose? Dosyć sztuczne to imię i nazwisko. A może tak Elle Primrose?

-Primrose odpada, za bardzo kojarzy się z twoją siostrą Elle może być, ale Rose zostaje.

-Okay.- Takim właśnie sposobem od teraz jestem Elle Rose. Bosko, pozostało zmienić swój imag. Ustaliliśmy wyjazd natychmiast. Plutarch dowiedział się, że przyjadą po nas za tydzień, a więc mamy tylko pięć krótkich dni na zorientowanie się w tej sprawie. Cóż dobre i tyle.

-Sądzę, że powinniśmy się oddać pod opiekę Octavi, Flavii oraz Veni. – Naprawdę tak myślę. Wiem, że nie wydadzą nas i mam pewność, że zrobią to dobrze w końcu od trzech lat jestem ich stałym bywalcem. Jeśli ma to ktoś zrobić to tylko oni.

-Jestem tego samego zdania. Trwali przy nas w najgorszym. Znieśli tortury, niewygody i wytrwali przy naszym boku nie komentując zachowania. Po za tym są zbyt przerażeni obecnym stanem by móc nam przeszkodzić. –Haymitch jak zwykle jest po mojej stronie.

-Zostało nam tylko wynieś torby oraz poinformować ich o naszej nagłej zmianie wyglądu. –Wszystko podsumował Peeta. Wszyscy zgodnie wychodzimy w odstępach, co dziesięć minut, aby nikt nie mógł śledzić nas wszystkich razem. Zastanawiałam się czy goryle będą stały przed domem. Mam nadzieję, że dali sobie ze mną spokój. Nie jestem masowym mordercą. Ten jeden jedyny raz to wyjątek. Przynajmniej zdałam sobie sprawę jak fatalnie czuł się Peeta przeze mnie. Och, oby mi wybaczył dzisiejszą rozmowę. Nie chcę by był na mnie zły. Nie kocham go, ale darzę go większym uczuciem niż przyjaciela, on jedyny wie jak to jest być na moim miejscu. Przeszedł więcej niż ja. Stracił swoje ja bez powrotnie, również z mojej winy. Tak naprawdę zniszczyłam całe jego życie od momentu, gdy stanęliśmy obok siebie na scenie podczas dożynek. Całe zamieszanie spowodowałam przyjaźniąc się z nim oraz udając zakochaną. Często zastanawiam się „co by było gdyby…”.

Teraz moja kolej. Idę ciasną uliczką prosto na plac. Rozglądam się. Nie jestem pewna co do osób, które mnie otaczają. Wszyscy są we mnie wpatrzeni. Nie wiem co sobie myślą, ale mam nadzieję, że nie mają zamiaru obwiniać mnie o to wszystko, bo w innym razie jestem skończona. A może oto właśnie chodziło? Może pani Paylor chce się mnie pozbyć? A może Boggs miał racje tylko pomylił osoby? Nie wiedział o sytuacji jaka nadejdzie. „Nie wracaj, nie ufaj im…” Muszę się mieć na baczności nie chcę mieć kłopotów po raz kolejny.

Jestem już o krok od domu. Jakaś sylwetka próbuje zajrzeć przez okno do środka. Chwila, czyżby to…


________________________________________________________________________

I jak rozdział? Mam nadzieję, że jest całkiem możliwy akcja dopiero się rozwija i nie jestem pewna co do długości rozdziałów. Nie za krótkie? ;* Mam nadzieję, że się podoba komentujcie :*******



 

poniedziałek, 24 listopada 2014

ROZDZIAŁ II - Pragnienie


Nie. To nie mogła być prawda. Przez cały rok wszyscy cieszą się wolnością, a warunki życia poprawiły się. Nawet w Kapitolu ludzie byli uradowani tym, że mogli wyrażać swoje zdanie.

-Większość była za.  Od razu wyjaśniam, igrzyska nie będą organizowane w dystryktach. Nabór trybutów odbędzie się w Kapitolu, spośród osób odpowiedzialnych za wcześniejszy stan rzeczy. Losowanie i przebieg będzie taki sam, z różnicą, że „szczęśliwcy” będą wylosowani spośród ich rodzin w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Odbędzie się tylko jedna edycja, tegoroczna. Dziękuję za uwagę i życzę miłego dnia.- Nic nie rozumiem. Czy Paylor nie zdaje sobie sprawy z tego, że porządek, ład i spokój zostanie zaburzony? Cały system, który z trudnością kreowała przez rok legnie w gruzach. Podnoszę wzrok. Widzę przed sobą Peetę. Nie mogę się na niego patrzeć. Jest na mnie zły. Głosowałam za, a teraz użalam się nad swoim losem... Zasłaniam sobie oczy. Nie chcę patrzeć na jego złość. Niech mnie zabije, to moja wina. Czuję jego dłoń na moim kolanie. Zaczynam płakać, łzy lecą strumieniami. To koniec.

Wybiegam z domu Peety. Czemu na mnie nie nawrzeszczał? Nie wiem, co się stało, ale chyba się potknęłam, bo leżę na ulicy z rękami całymi w krwi. Gdy podnoszę wzrok widzę w świetle latarni czyjąś twarz. To Octavia, lekko piszcząc na mój widok zawija moje dłonie w swój szalik. Pomaga mi wstać. Idziemy do jej domu, jest dwie ulice dalej.

-Spokojnie, Katniss, spokojnie. –Pierwszy raz odkąd ją znam opanowana. Przekraczam próg jej mieszkania. W środku czeka już Haymitch.

-Witam, skarbie. Nadszedł czas rozliczyć się z dawnych grzechów…

-Nie rozumiem pana, jakich grzechów? Co zrobiliśmy źle? Lepiej daj mi się napić.

-Nie. Nie mam alkoholu. Kochanie głosowaliśmy nie chcę nic mówić, ale głosowaliśmy za.

-Daj mi święty spokój. Byłam pod wpływem emocji.Moja wina, że zrobiono z niej żywą pochodnię?

-Spokojnie. Nie chciałem cię o nic oskarżać. Zapomnij. Lepiej usiądź i porozmawiajmy. –Kiwnął ręką na krzesło.- Musimy opracować taktykę. Na wizji powiedziała, że będą podobne reguły. W takim razie mentorzy wracają do akcji, zostało nas sześciu, a zawodników dwudziestu czterech. W takim razie na jednego mentora przypada czterech trybutów. Będzie gorzej.

-Panie Haymitch, myślę, że dobrze bybyło gdyby dołączył do nas Peeta.

-Kontynuujmy. Sądzę, że Peeta nie będzie chciał z nami rozmawiać, w końcu to my przesądziliśmy o wyniku głosowania… Na sto procent udział będzie brała szesnastoletnia wnuczka Snow’a. Jego największy skarb.

-Nie, myślę, że pani prezydent nie zrobi tego.

-To jedyna osoba, która żyje z jego rodziny. W kuli będzie tylko jej imię, tak samo jak twoje podczas Ćwierczwiecza Poskromienia.

-Mogę iść spać? Nie mam ochoty na rozmowy. Nie dzisiaj. Jutro.-Nie czekam na odpowiedź, po prostu idę do domu, po drodze zahaczam o Peetę. Zatrzymał się. Patrzymy sobie w oczy. Po chwili wbijam wzrok w ziemię nie potrafię się na niego patrzeć, za dużo wrażeń jak na jeden dzień.

-Katniss, wracamy?- Zapytał, a ja odpowiadam mu krótko „Tak”. 

 Kładę się do łóżka. Po chwili dołącza się do mnie. Zasypiam w jego objęciach, ale to nic nie daje. Koszmary mnie nie opuściły. Pewnie będą ze mną do końca życia, ale ten dzisiejszy jest inny.

Byłam na arenie i zbierałam prymulki, pakowałam je do kołczana. Odeszłam kawałek drogi, a po chwili coś przebiegło mi przed nosem. Wyciągnęłam jedną gałązkę, która w mojej dłoni zamieniła się w ognistą strzałę. Ta sama istota przebiegła ponownie tym razem zatrzymała się kilkaset metrów ode mnie i przeraźliwie zawrzeszczała. Strzelam, niestety celnie i przede mną leży ciało martwego dziecka. To Prim. Pochyliłam się nad nią, zaczęłam wrzeszczeć i płakać, aż brak mi tchu. Gdy odchodzę przylatują do jej ciała kosogłosy i wydłubują jej oczy gwiżdżąc „Drzewo wisielców”. Próbuję je odgonić, zabijam je, ale to na nic. W ciągu ułamka sekundy po Prim zostaje tylko kawałek palącego się ubrania, z każdą chwilą płomień słabnie i po minucie zostaje tylko popiół. Zawiał wiatr. Poleciał w górę i osiadł na ziemi. Gdy podeszłam bliżej ujrzałam napis: „Katniss Everdeen, dziewczyna, która igra z ogniem”.

Wstałam, cała się trzęsę. Obok mnie nie ma Peety, pewnie zszedł na dół. Szybko się ubieram i idę do kuchni. Nie ma go tam. Na stole leży mała karteczka, na której pisze: „Poszedłem na stację.”. Ciekawe, dlaczego? Nie ważne, dowiem się gdy wróci. Chyba powinnam zrobić śniadanie. Jeśli to ktoś ważny, to śniadanie na stole będzie dość miłym powitaniem. W lodówce nie ma zbyt wielu rzeczy, jedynie trochę mięsa z królika- przedwczorajszy obiad. Trochę uschło, ale lepsze to niż nic, w półce mam jeszcze bochenek chleba. Rozstawiłam talerze, podgrzałam potrawkę i wyłożyłam pieczywo. Teraz siedzę w fotelu. Nie jestem pewna czy włączyć telewizor. W końcu może są tam podane jakieś informacje związane z kolejną edycją igrzysk. Nie wiem, co robić. Może jednak powinnam obejrzeć program? Hmm…nie, to mnie tylko jeszcze bardziej dobije. Nie dzisiaj.

 Minęło już pół godziny. Co do licha robi Peeta? Gdzie on jest? A może mu się coś stało? Może go przechwycili, a teraz idą po mnie? Dlaczego tak późno? Nagle drzwi się otworzyły i on stanął w nich. „Nareszcie” powiedziałam sobie w duchu. Nie wiem, dlaczego, ale miałam ochotę go przytulić bez względu na wszystko. Gdy zaczęłam iść w jego kierunku uśmiech znikł. Obok niego stał Plutarch.

środa, 19 listopada 2014

ROZDZIAŁ I




Idę przed siebie. Tym razem nie muszę się przeciskać przez ogrodzenie. Na mojej drodze stoi jedynie solidny płot. Mam wrażenie, że jest tu tylko i wyłącznie na potrzeby ochrony przed dzikimi zwierzętami. Droga wolna. Klucz ściskam mocno w ręce. Wkładam go do kłódki, przekręcam i popycham bramę. Po całej rewolucji w dystryktach prawa zmieniły się. W dalszym ciągu nie jest możliwe, aby każdy wchodził do lasu, klucz mam tylko ja, Haymitch i główny strażnik lasu. A to dla bezpieczeństwa. Przynajmniej tak utrzymuje i rozpowiada Paylor nasza nowa prezydent. Jeśli tak jest naprawdę to zupełnie nie rozumiem, dlaczego otrzymał go Haymitch. Co prawda zdarza mu się już rzadziej pływać w wódce całymi dniami, ale dalej jest w alkoholowej pułapce.

Jestem już pod pierwszym drzewem gdzie jest bezużyteczna skrytka na łuk. Oglądam się po raz ostatni na bramę i biegnę przed siebie. Ściągam ubrania i pluskam się w przyjemnie chłodnym jeziorze. Cieszę się jak małe dziecko. Szczerze mówiąc nie wiem, z czego. Czy z tego, że już rok dystrykty są wolne i mimo moich obaw nie ma już tyranii? A może, dlatego, że słońce muska moją skórę? Medycyna to kolebka Dwunastki. Poddałam się operacji plastycznej i teraz przypominam człowieka, a nie pachołek we wszystkich odcieniach różu. Wreszcie mogę patrzyć w lustro bez obawy na to, że się popłaczę i zacznę wrzeszczeć jak opętana, bo zobaczę płaty odstającej skóry i moje wnętrzności.

 Strach minął, ale dalej jestem nienasycona wolnością. Zaszedł szereg zmian i teraz jeden dystrykt z sąsiednim bez pośrednio łączy linia kolejowa dostępna dla wszystkich. Widocznie słowa tego, że jedność najważniejsza rzecz pani Paylor wzięła do serca.

Wychodzę z wody ubieram się i idę do chatki. To tu ostatni raz spotkałam się z ojcem. To tu pokłóciłam się z Galem i to tu spotkałam Bonie i Twil. To tu planowałam ucieczkę. Czuję lekkie ukłucie w skroni. Nagle widzę przed sobą Johanne, szpulę drutu, Finnicka, Enobarię, to wszystko działo się tak szybko. Ostatnia noc w niewoli. Tracę panowanie…

Nazywam się Katniss Everdeen. Mam osiemnaście lat. Żyję. Pochodzę z Dwunastego Dystryktu. Już od roku jestem wolna. Snow i Coin nie żyje. Jestem symbolem rebelii, Kosogłosem.

Powoli wracam do rzeczywistości. Dalej siedzę skulona z rękami na uszach i lekko się kołyszę. Otwieram oczy i wlepiam swój wzrok w kominek gdzie pali się ogień. Nagle czuję dłoń na swoim ramieniu. To nie jest uścisk Peety, więc kogo? Szubko zbieram się do kupy  i odwracam. Za mną stoi Haymitch. Patrzy na mnie.

-Wszystko dobrze?

-Tak.-Próbuję zmienić grymas na delikatny uśmiech. Przecież jestem dobrą aktorką…

-Chodź idziemy do domu, jest już późny wieczór.Idę prosto na ścieżkę, którą tu przyszłam. Po chwili jesteśmy przy bramie. Otwieram ją i idę w kierunku Ćwierka. Na miejscu starego, stoi całkiem nowe legalne miejsce handlowe. Jest tu pełno stoisk. Podążam w kierunku budynku Śliskiej Sae. Dalej gotuje, ale nie zupy z dzikich roślin czy potrawki z dzikiego psa. Otworzyła prawdziwą restaurację. Do naszego dystryktu ludzie przyjeżdżają z dwóch powodów albo są bardzo chorzy i tylko nasz szpital może im pomóc, albo chcą skosztować potraw Sae. Obok jej budynku jest stoisko z najlepszymi narzędziami, a naprzeciwko kolejny budynek. Należy on do trójki najlepszych wizażystów w całym Panem. Przynajmniej moim zdaniem. Należy on do Octavi, Flavii oraz Veni. Ludzie już nie głodują i zajmują się tym, czym chcą lub w czym są dobrzy.

Otwieram drzwi i wchodzę to pięknego pomieszczenia. Siadam przy ladzie i zamawiam dwie porcje zupy dyniowej na miejscu oraz jedną na wynos. Ostatnio przypadła mi do gustu. Obok mnie siedzi nowy kapitan Straży Pokoju. Ren. Nie przepadam za nim, a on za mną, ale jest dla mnie niezwykle uprzejmy, więc cnie chcę być jego dłużniczką.

-Witaj panno Everdeen.                                                

-Dzień Dobry kapitanie.

-Jak miną dzień?

-Dobrze dziękuję.

Do naszej uprzejmej rozmowy wtrąca się Haymitch z propozycją zmiany zamówienia, aby wszystkie porcje były na wynos. Nie przepadają za sobą. Głównym powodem jest alkoholizm. Ren dość często siłą z pomocą strażników wyciąga go z Głównego Placu, na którym lubi przesiadywać, gdy jest pijany. Trzeba wtedy uważać by nie wydłubał komuś oka swoim ukochanym nożem.

 Zgadzam się na jego propozycję. Po chwili wychodzimy z trzema metalowymi miskami połyskującymi w świetle zachodzącego słońca. Podchodzę do stoiska ze słodyczami i kupuję torebkę ulubionych cukierków Prim. Miętowych. Idę alejką prosto do domu. Cieszę się niezmiernie z tego, że po dwóch stronach ulicy widzę domy zbudowane z trwałych materiałów między innymi z modyfikowanego szkła, które zatrzymuje ciepło, a nie z blachy i paru dziurawych desek. Nie ma już Wioski Zwycięzców. Została ona przekształcona w najbogatszą dzielnicę już nie z trzema domami, ale dziesięcioma. Nie istnieje również Pałac Sprawiedliwości, a Urząd Koronny. Wstęp tam mają wszyscy. Z własnej woli bądź pod przymusem, choć ta druga opcja zdarza się naprawdę bardzo rzadko.

Dzwonię dzwonkiem do drzwi i przekraczam próg. Zdejmuję buty oraz wieszam swoją myśliwską kurtkę na haku wbitym w ścianę o stonowanym kolorze. Wciągam nosem zapach farb olejnych, które lubię czuć tylko w właśnie tym domu. Za mną stoi Haymitch.

-Witaj Katniss.- Mówi Peeta. Podaje mi dłoń, ale najwyraźniej spostrzegł, że ma ją całą w farbie o metalicznym złotym kolorze. Wyciera ją w biały fartuch, a raczej w umorusany fartuch.

-Cześć Peeta. Kupiłam u Sae trochę zupy dyniowej, mam nadzieję, że ci posmakuje.

-O, a kto to czyżby to nie słynny pan Abermathy?- Haymitch zrobił się lekko czerwony na policzkach. Chyba pierwszy raz w życiu jest czymś zawstydzony.

-Witaj. Ja już muszę iść. Mam dużo spraw do załatwienia w Koronnym.-Odpowiada i podaje rękę dla gospodarza. Cała się trzęsie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie było czuć fetoru bimbru przez cały dzień. Czyżby nie pił alkoholu od rana?

-Oh. No dobrze. A ty zostaniesz?

-Tak. Zjemy razem.-Za każdym razem, gdy spotykam Peetę próbuję być dla niego miła. Dalej odczuwa skutki „osaczania”, a ja dalej czuję ukucia w skroni.

-Dobrze. O… została jeszcze nawet jedna bułka z serem.- Machną ręką wskazując na krzesło, obite bordowym materiałem pasującym do hebanowego stołu, które stało w kuchni. Następni podchodzi do szafki i wyjmuje pieczywo. Siadam i odpakowuję zupę z foli. Peeta kładzie dwie łyżki i podaje mi bułkę, następnie klika na guzik na pilocie i wysuwa się czarny ekran, po chwili klika na kolejny i ukazuje się Plutarch Heavensbee w szarej, błyszczącej marynarce, która przypominała część stroju Caesara.

-Witam w wiadomościach!- Ostatni raz oglądałam telewizję w Kapitolu. Nie interesuje mnie to, co się dzieje w świecie celebrytów.

-To nowy program Plutarcha. Z tego, co wiem to pokazywane są tu nowinki z całego Panem.- Może warto się zainteresować? W końcu to nie jest program gdzie Flickerman będzie prowadził wywiad z jakąś ważną osobistością z Kapitolu bądź kolejnym nieszczęśnikiem zesłanym na śmieć podczas igrzysk.

Na ekranie ukazał się znak Dwójki, następnie ekran poczerniał i pojawił się Gal.

Ubrany w szary kombinezon.  Był podobny do tego z Trzynastki, lecz na końcu tuniki widniało kilka pocisków. Trzymał mikrofon w ręku i zaczął udzielać wywiadu. Trzymał się dobrze, a może nawet bardzo dobrze. Wbiłam swój wzrok w obraz za nim. Stał przed Orzechem. Nie była to już góra gruzu z zasypanymi wejściami. Była całkowicie odbudowana. Skierowałam swój wzrok na jego usta. Poruszał nimi bardzo szybko. Nie słuchałam słów. Poczułam się źle. Czemu nie przyjechał? Przez cały rok czekałam na jego przyjazd, na jego gest, pierwszy ruch. Gdybym mogła to sama bym do niego przyjechała, ale ze względu na zabójstwo Coin miałam surowy zakaz opuszczania Dwunastki.

Plutarch powrócił na wizję wspomniał coś o Dwójce i ekran ponownie pociemniał. Pojawił się na nim kolejny znak kolejnego dystryktu. Tym razem Ósemki. Pokazano pare zdjęć zniszczonego magazynu, a następnie naprawionego.  Teraz przed kamerą stała reporterka w jaskrawo różowej peruce, była ubrana w obcisłą niebieską sukienkę całą w róże. Odwróciłam wzrok. Za wiele wspomnień. Pokój Snow’a, duszący zapach krwi i róż, biały pąk w moim domu, wielki bukiet w Trzynastce. Po raz kolejny czuję kucie w skroni. Po raz kolejny tracę powoli kontakt. Przygryzłam wargę. Nie, nie tym razem, nie przy Peecie. Nie teraz. Peeta przez cały czas patrzył na mnie. Był przerażony. Czyżby się czegoś domyślał?

-Katniss, byłaś tam prawda czy fałsz?- Przerwał duszącą ciszę. Mimo tego, że upłynął już okrągły rok dalej odczuwa skutki jadu gończych os, więc ciągle gramy w „Prawda czy fałsz”.

-Prawda. Podczas wojny w tym magazynie był szpital.

-Co się z nim stało?- Co mam mu odpowiedzieć? Nie wiem czy dawny Kapitol nie wykorzystał tej propagity. Mam wielką nadzieję, że nie, w innym wypadku obudzę w nim nienawiść do mnie i problem z rozróżnieniem rzeczywistości i fikcji. Zdobywam w sobie odwagę i mówię.

-Kapitol go zniszczył podczas bombardowania. Zginęli wszyscy, którzy byli w środku…

-Niszczyłaś wtedy poduszkowce? Prawda czy fałsz?- Przerwał mi. W sumie to cieszę się, że to zrobił. Nie wiem, co bym mówiła dalej. Ścisnął rękami za oparcie krzesła.

-Prawda Peeta…- Nie jestem pewna, co do mojej odpowiedzi. Przecież go niebyło wtedy ze mną. Kapitol musiał wykorzystywać materiały z Ósemki przeciwko mnie, skoro wie tyle faktów dotyczących tamtego zdarzenia. Peeta miał już coś powiedzieć, gdy na telewizorze pojawił się herb Panem oraz hymn. W duchu dziękuję Plutarchowi, że akurat w tym momencie to puścił. Paylor siedziała w fotelu. Nagranie leci na żywo. Wlepiłam wzrok w ekran. Ten jeden jedyny raz od początku programu byłam naprawdę zainteresowana.

-Witajcie drodzy mieszkańcy Panem. Przed planowaną egzekucją Corionalusa Snow’a odbyła się narada zwycięzców.  Dotycząca organizacją igrzysk głodowych.

środa, 12 listopada 2014

~Wprowadzenie~

Hej! Witam na moim blogu.

Jest on poświęcony fan fiction trylogii "Igrzysk Śmierci" Suzann Colins. Ten blog to kontynuacja Kosogłosa :) Będę tu minimalnie faworyzować związek Peety z Katniss, ale bez obaw romantyczne sceny z Gal'em zapewne też będą. Mam nadzieję, że te opowiadanie spodoba się wam. Jeśli tak będzie będę starała się aby co tydzień pojawiał się nowy rozdział. Nie wiem tylko jak bardzo się rozpisywać :)


Mam nadzieję, że przyjemnie będzie się wam go czytało.

~Gigy~