poniedziałek, 24 listopada 2014

ROZDZIAŁ II - Pragnienie


Nie. To nie mogła być prawda. Przez cały rok wszyscy cieszą się wolnością, a warunki życia poprawiły się. Nawet w Kapitolu ludzie byli uradowani tym, że mogli wyrażać swoje zdanie.

-Większość była za.  Od razu wyjaśniam, igrzyska nie będą organizowane w dystryktach. Nabór trybutów odbędzie się w Kapitolu, spośród osób odpowiedzialnych za wcześniejszy stan rzeczy. Losowanie i przebieg będzie taki sam, z różnicą, że „szczęśliwcy” będą wylosowani spośród ich rodzin w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Odbędzie się tylko jedna edycja, tegoroczna. Dziękuję za uwagę i życzę miłego dnia.- Nic nie rozumiem. Czy Paylor nie zdaje sobie sprawy z tego, że porządek, ład i spokój zostanie zaburzony? Cały system, który z trudnością kreowała przez rok legnie w gruzach. Podnoszę wzrok. Widzę przed sobą Peetę. Nie mogę się na niego patrzeć. Jest na mnie zły. Głosowałam za, a teraz użalam się nad swoim losem... Zasłaniam sobie oczy. Nie chcę patrzeć na jego złość. Niech mnie zabije, to moja wina. Czuję jego dłoń na moim kolanie. Zaczynam płakać, łzy lecą strumieniami. To koniec.

Wybiegam z domu Peety. Czemu na mnie nie nawrzeszczał? Nie wiem, co się stało, ale chyba się potknęłam, bo leżę na ulicy z rękami całymi w krwi. Gdy podnoszę wzrok widzę w świetle latarni czyjąś twarz. To Octavia, lekko piszcząc na mój widok zawija moje dłonie w swój szalik. Pomaga mi wstać. Idziemy do jej domu, jest dwie ulice dalej.

-Spokojnie, Katniss, spokojnie. –Pierwszy raz odkąd ją znam opanowana. Przekraczam próg jej mieszkania. W środku czeka już Haymitch.

-Witam, skarbie. Nadszedł czas rozliczyć się z dawnych grzechów…

-Nie rozumiem pana, jakich grzechów? Co zrobiliśmy źle? Lepiej daj mi się napić.

-Nie. Nie mam alkoholu. Kochanie głosowaliśmy nie chcę nic mówić, ale głosowaliśmy za.

-Daj mi święty spokój. Byłam pod wpływem emocji.Moja wina, że zrobiono z niej żywą pochodnię?

-Spokojnie. Nie chciałem cię o nic oskarżać. Zapomnij. Lepiej usiądź i porozmawiajmy. –Kiwnął ręką na krzesło.- Musimy opracować taktykę. Na wizji powiedziała, że będą podobne reguły. W takim razie mentorzy wracają do akcji, zostało nas sześciu, a zawodników dwudziestu czterech. W takim razie na jednego mentora przypada czterech trybutów. Będzie gorzej.

-Panie Haymitch, myślę, że dobrze bybyło gdyby dołączył do nas Peeta.

-Kontynuujmy. Sądzę, że Peeta nie będzie chciał z nami rozmawiać, w końcu to my przesądziliśmy o wyniku głosowania… Na sto procent udział będzie brała szesnastoletnia wnuczka Snow’a. Jego największy skarb.

-Nie, myślę, że pani prezydent nie zrobi tego.

-To jedyna osoba, która żyje z jego rodziny. W kuli będzie tylko jej imię, tak samo jak twoje podczas Ćwierczwiecza Poskromienia.

-Mogę iść spać? Nie mam ochoty na rozmowy. Nie dzisiaj. Jutro.-Nie czekam na odpowiedź, po prostu idę do domu, po drodze zahaczam o Peetę. Zatrzymał się. Patrzymy sobie w oczy. Po chwili wbijam wzrok w ziemię nie potrafię się na niego patrzeć, za dużo wrażeń jak na jeden dzień.

-Katniss, wracamy?- Zapytał, a ja odpowiadam mu krótko „Tak”. 

 Kładę się do łóżka. Po chwili dołącza się do mnie. Zasypiam w jego objęciach, ale to nic nie daje. Koszmary mnie nie opuściły. Pewnie będą ze mną do końca życia, ale ten dzisiejszy jest inny.

Byłam na arenie i zbierałam prymulki, pakowałam je do kołczana. Odeszłam kawałek drogi, a po chwili coś przebiegło mi przed nosem. Wyciągnęłam jedną gałązkę, która w mojej dłoni zamieniła się w ognistą strzałę. Ta sama istota przebiegła ponownie tym razem zatrzymała się kilkaset metrów ode mnie i przeraźliwie zawrzeszczała. Strzelam, niestety celnie i przede mną leży ciało martwego dziecka. To Prim. Pochyliłam się nad nią, zaczęłam wrzeszczeć i płakać, aż brak mi tchu. Gdy odchodzę przylatują do jej ciała kosogłosy i wydłubują jej oczy gwiżdżąc „Drzewo wisielców”. Próbuję je odgonić, zabijam je, ale to na nic. W ciągu ułamka sekundy po Prim zostaje tylko kawałek palącego się ubrania, z każdą chwilą płomień słabnie i po minucie zostaje tylko popiół. Zawiał wiatr. Poleciał w górę i osiadł na ziemi. Gdy podeszłam bliżej ujrzałam napis: „Katniss Everdeen, dziewczyna, która igra z ogniem”.

Wstałam, cała się trzęsę. Obok mnie nie ma Peety, pewnie zszedł na dół. Szybko się ubieram i idę do kuchni. Nie ma go tam. Na stole leży mała karteczka, na której pisze: „Poszedłem na stację.”. Ciekawe, dlaczego? Nie ważne, dowiem się gdy wróci. Chyba powinnam zrobić śniadanie. Jeśli to ktoś ważny, to śniadanie na stole będzie dość miłym powitaniem. W lodówce nie ma zbyt wielu rzeczy, jedynie trochę mięsa z królika- przedwczorajszy obiad. Trochę uschło, ale lepsze to niż nic, w półce mam jeszcze bochenek chleba. Rozstawiłam talerze, podgrzałam potrawkę i wyłożyłam pieczywo. Teraz siedzę w fotelu. Nie jestem pewna czy włączyć telewizor. W końcu może są tam podane jakieś informacje związane z kolejną edycją igrzysk. Nie wiem, co robić. Może jednak powinnam obejrzeć program? Hmm…nie, to mnie tylko jeszcze bardziej dobije. Nie dzisiaj.

 Minęło już pół godziny. Co do licha robi Peeta? Gdzie on jest? A może mu się coś stało? Może go przechwycili, a teraz idą po mnie? Dlaczego tak późno? Nagle drzwi się otworzyły i on stanął w nich. „Nareszcie” powiedziałam sobie w duchu. Nie wiem, dlaczego, ale miałam ochotę go przytulić bez względu na wszystko. Gdy zaczęłam iść w jego kierunku uśmiech znikł. Obok niego stał Plutarch.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz