Jestem okropnie
zła na niego. Obwiniam go za obecny stan rzeczy. Jest w Radzie Narodów. Został wybrany razem z szóstką innych osób
spośród kandydatów Paylor przez burmistrzów z Trzynastu Dystryktów. Przyjmują i
odrzucają reformy bądź ustawy pani prezydent. Zanim cokolwiek jest ogłoszone
przechodzi przez tą właśnie instytucje. Rzucam mu się do gardła. Moje palce
wbijają się w jego szyję, czuję jego drobne kosteczki, na które naciskam z
wielką siłą. Po chwili Strażnicy i Haymitch odciągają mnie od niego. Stoi,
pociera ręką szyję i patrzy się na mnie. Jestem jeszcze bardziej wściekła.
-Czego
chcesz? Czego? Nie mam już nic. Możesz brać, co chcesz! Jedyne, co możesz
zrobić to zabić mnie, ale to ci się nie uda. Jesteś za słaby. Czego chcesz? I przestań
pocierać szyję! Biedaczek, poczuł namiastkę smaku starcia ze śmiercią. Ojejku.
Przepraszam!
-Katniss!
Spokój! Co w ciebie wstąpiło? Skarbie uspokój się! Już dość! Koniec!
–wykrzyczał mi prosto w twarz Haymitch. Nie mogę tego znieść nikt nie będzie
mnie teraz upokarzał. Zaczęłam się miotać i próbuję wyrwać z ich uścisku. Na
próżno. Jestem zaskoczona przewidzeniu przez nich tej sytuacji. Byli
przygotowani. Czy ja jestem naprawdę, aż tak łatwo przewidywalna? Postanowiłam
się uspokoić, aż tak ich nie uszczęśliwię. Najbardziej zadziwia mnie zachowanie
Peety. Przenikliwie patrzy mi prosto w oczy jakby chciał wiedzieć się dzieje w
środku mnie. Nie pomógł dla Haymitcha mnie odciągnąć, teraz tak jak wcześniej
stoi oparty o ścianę. Przypomina mi się sytuacja sprzed roku. Gdy uradowana
rzuciłam się w jego ramiona, a on próbował mnie zabić. Omal mu się to nie
udało. Gdyby nie inni być może Kosogłos umarłby przed wygraną i to przez
jednego z najbliższych mu osób. Co ja zrobiłam? Jest mi teraz wstyd, ale nie
mogę tego okazać dla innych. Strażnicy
wyciągnęli mnie z domu. Ciągną mnie po ziemi w kierunku Łąki. Co chcą ze mną
zrobić? Przede mną idzie Haymitch, co mnie trochę uspokaja. Ale dalej nie
rozumiem gdzie i po co idziemy? Chwila przecież oni prowadzą mnie do lasu.
Zaczęłam się szamotać, nie mam zamiaru zostać tam zamknięta i przywiązana
najprawdopodobniej do jakiegoś drzewa, podczas gdy ta żmija będzie przebywała
razem z resztą. Muszę się wszystkiego dowiedzieć. Jeszcze mocniej się wyrywam. Niechcący
walnęłam jednego strażnika łokciem w twarz. Osunął się na ziemię. Mam teraz
okazję do ucieczki. Niestety drugi złapał mnie za ręce i związał jakimś
sznurkiem. Peeta chwycił mnie za dłoń. Nie wiem, co to ma znaczyć. Może chce,
żebym się uspokoiła. No dobra, zobaczę, co chcą zrobić, w końcu las to mój
żywioł, a ogrodzenie pod prądem zostało zmienione na cztero metrowy płot. Dam
sobie radę.
Wszyscy
siedzą na krzesłach obok piecyka, ja jestem ciągle pilnowana przez Haymitcha
jego czujnym okiem. Jesteśmy w chatce nad jeziorem. Tu nie ma podsłuchów.
Świetnie zdajemy sobie wszyscy sprawę, że nikt nie przyjechał do nas i nie
szperał w celu ich odkrycia. Rozmawiamy o całym zajściu. Peeta bierze czynny
udział w dyskusji i próbuje wtrącać swoje pięć groszy na temat igrzysk.
-Sądzę, że
powinniśmy pojechać do Kapitolu i to jak najwcześniej, w końcu to tam możemy
dowiedzieć się najwięcej rzeczy.
-Zgoda. Masz
rację. Tylko czy otrzymamy pozwolenie na pałętanie się po całym pałacu i czy
wolno nam będzie wychodzić poza teren „Szkoleniska”? –wtrącił słuszną uwagę
Haymitch. Jako jedyna wśród zgromadzonych nie pisnęłam nawet słówka. Może powinnam? W końcu jak chcę się czegoś
dowiedzieć to muszę udawać zainteresowaną, a nie obłąkaną dziewczynkę z zamiarami
zabicia Plutarcha. Choć tak właśnie dokładnie jest.
-Jeśli nie
będziemy mogli my, to będzie mogła Effie. Przynajmniej ja tak sądzę.-
Przełamałam się i powiedziałam coś niekoniecznie mądrego, ale przynajmniej na
temat, a to już coś.
-Effie jest
z nami w drużynie. Zapomniałaś? Nikt jej nie dopuści do takich informacji ze
względu na jej ścisłą współpracę razem z nami.- odpowiada mi Peeta. Dalej
próbuje wbić się mi do podświadomości. Przeszywa mnie swym wzrokiem. Ma piękne
błękitne oczy.
-Nie. Po
prostu sądzę, że trzeba kogoś zaradnego i zaufanego wtajemniczyć w nasz plan. Kogoś,
kto będzie udawał niewiniątko i łatwo będzie mógł zdobyć wiadomości. Na
przykład Effie.
- Hmm… Może
ja? Pracuję w telewizji. Pare przemówień Paylor ułożyłem sam Być może i
następne trafią do mnie? Do ich napisania potrzebuję najpierw informacji.
–powiedział Heavensbee, patrząc dokładnie mi na ręce, jakby obawiał się
ponownego ataku. Uśmiechnęłam się delikatnie to miło, że się mnie obawia. Widać
nie jestem mu obojętna, a to dobry znak.
-Powiedziałam
kogoś zaufanego, kogoś, komu ufamy bezwzględnie…- nie mogłam się powstrzymać od
powiedzenia tej myśli na głos..
-Katnissss,
proszę ja ciebie.- zasyczał Haymitch.
-Powiedziałam
tylko to, co myślę. Czy to coś złego?- Muszę się trochę uspokoić, bo na jego
krzyk dwa goryle, którzy byli przed chatką, stoją teraz nade mną i mocno
wbijają pazury w moją ulubioną pomarańczową bluzkę. Ulubionego koloru Peety.
-Tak,
zdecydowanie tak! Na litość boską uspokój się i jak masz coś powiedzieć to
wyłącznie mądrego. Jesteś nam potrzebna. Nie bój się, byłaś, a raczej jesteś
Kosogłosem. Nikt nie ma odwagi cię skrzywdzić. Wszcząłby nieokrzesane
poruszenie wśród ludzi. Jesteś pod ścisłą ochroną, jako gatunek zagrożony
wyginięciem. Rozumiesz?- warkną. Kiwam głową, ale tylko i wyłącznie po to by
Strażnicy poluzowali swój ucisk rąk. Wcale nie boję się o siebie. Jedynie o
dwadzieścia czterech małych dzieci i moich rówieśników. Nie jestem zwierzem by
być pod ścisłą ochroną gatunkową. Jestem człowiekiem. Owszem jestem zdolna do
wielu rzeczy, ale nie do skrzywdzenia niewinnych osób. Nie do nieograniczonego
mordu.
-Myślę, że
wszystko już zrozumiała. A teraz, co zamierzamy zrobić z tym fantem? Myślę, że
Katniss i Plutarch mają rację. Abermathy kiwną lekko głową i Straż wyszła
powrotem na podwórko.
-Zdecydowanie
potrzebujemy wtyki, a ty- tu wskazał palcem na Plutarcha-nadawałbyś się
świetnie. Co wy na to?
-Jestem za.
–Powiedział. Haymitch. Żadne z nas się nie odzywa, z chyba wiadomych przyczyn
dali nam spokój i poruszają kolejną kwestie. Musimy się teraz postarać o
zezwolenie na podróż i o przemieszczanie się po stolicy Panem. Pan Heavensbee
jest jedynie planem „B”, co mnie nie zwykle cieszy. Nie mam do niego zaufania. On
coś ukrywa, nie jest czysty. Czy puścili go do Dwunastki? Musiał zapłacić bilet
i zarezerwować wagon. Przecież doskonale wiedzą, że spotkałby się z nami. Nie
wierzę w to szczerze.
Właśnie
pakuję ostatnią torbę, dwóch goryli dalej nie poszło mimo tego, że jestem w
moim domu. Sama. Zdecydowaliśmy, że musimy być gotowi na ewentualne pozwolenie
od Kapitolu. Mam już tego dość, czemu robią przed nami z tego tajemnicę?
Przecież będziemy mentorami. W dodatku nie wiemy jeszcze, kogo. Ktoś zastukał
do domu, a Goryl numer Dwa poleciał do drzwi. Nie wiem jak się nazywają, więc
mówię na nich Goryl Jeden i Goryl Dwa. Tak samo jak kiedyś Legg Jeden i Dwa.
Szkoda mi ich, to były złe i smutne czasy. Zginęło tyle niewinnych osób. Za
dużo. Zdecydowanie za dużo. Walki nie były przecież wyrównane i to przez całą
wojnę. Czekam, aż Goryl Dwa przyprowadzi mi gościa. Słyszę jak ktoś wchodzi po
schodach. Przede mną stanął Peeta.
-Choć
Plutarch ma dla nas wiadomości.- Nie jestem do końca przekonana, że chcę je
usłyszeć.
-Okay.-
Wstanęłam z łóżka i poszłam za Peetą. Goryle oczywiście za nami. Szczerze
mówiąc zaczynają mnie denerwować, mogliby dać sobie święty spokój. Dobra
rozumiem, że byli ze mną podczas narady, ale przez cały czas? Nawet jak jestem
sama w domu albo z Melarkiem? Czy naprawdę mogę być śmiertelnym zagrożeniem? To
trochę chore… Za wszelką cenę próbuję się od nich odsunąć na ulicy. Nie chcę by
ludzie postrzegali mnie, jako zbrodniarza, albo, jako osobę tak ważną, że
potrzebna mi jest ochrona. Pare razy nawet mi się to udaje. Gdy doszliśmy do
Głównego placu Peeta pociągną mnie za rękaw wprost do tłumu, i zaczął biec, a
ja razem z nim. Nie dogonili nas. Teraz wędrujemy po ciasnych i zapuszczonych
uliczkach.
-Katniss,
musisz się opanować, bo w przeciwnym razie będziesz musiała zostać w domu i
czekać na zbawienie.- zatrzymał się spojrzał mi prosto w oczy. Byliśmy na
odległość kilkunastu centymetrów. W jego błękitnych oczach zapaliły się małe
iskierki. Dokładnie się mu przyglądam. Nie chcę ominąć choćby najdrobniejszego
szczegółu jego twarzy. Wreszcie przerywam tą niezręczną ciszę:
-Co czułeś,
gdy mnie po raz pierwszy zobaczyłeś w szpitalu?- odkąd Heavensbee przekroczył
próg, chciałam go o to zapytać. Czułam się wtedy jak i teraz niekomfortowo, gdy
na mnie patrzył.
-A, co ty
czułaś?- odpowiedział pytaniem ma pytanie.
-Nie uzasadnioną
złość.- powiedziałam chyba szczerze. W sumie nie mam pojęcia, dlaczego. To
wszystko zadziało się w ułamku sekundy: on wchodzi, a ja go duszę, jestem
odciągnięta, idziemy do lasu, pobiłam Goryla Jeden, siedzimy w chatce.
-No widzisz,
a ja czułem nieuzasadniony strach. Strach przed tym, że nas wszystkich
zabijesz, że przez ciebie zginą niewinni ludzie, a ja mogę być jednym z nich.
Teraz wiem, że byłem pod wpływem jadu; trujących toksyn, które sprawiły, że cię
znienawidziłem i przestraszyłem jednocześnie. Byłem pionkiem w grze Snow’a i
Coin. A ty działałaś pod wpływem, czego?
-Chyba pod
wpływem emocji. Nie wracałeś przez długi czas, bałam się, że cie zabrali i
Plutarch przyszedł po mnie. Wtedy trzymał cię za ramię, myślałam, że cię
schwytali. Ale gdy zaczęłam… Tak naprawdę czuję do niego wstręt. Nie wiem czemu
ale winię go o całe zamieszanie.- Dopiero teraz zrozumiałam ten ogromny błąd,
który popełniłam. Przecież on jest kompletnie czysty, to nie on, to jad
gończych os. Ja to zrobiłam świadomie. Więc panowałam wtedy nad sobą. Na twarz
wylazły mi rumieńce. Ugh… Pytając go oto wypomniałam mu ten czyn, pokazałam, że
pamiętam, jaki potrafi być groźny… On nigdy by czegoś takiego mi nie zrobił,
zawsze myśli o wszystkich.
-Przepraszam.
Nie powinnam o to ciebie pytać…
-…To nic.
Rozumiem po prostu chciałaś się dowiedzieć. W sumie to dobrze, bo od dłuższego
czasu zastanawiałem się nad tym.- Mimo wolnie lekko się uśmiechnęłam. Zawsze
potrafi poprawić mi humor. Pociągnął mnie za rękę i zaprowadził do małego
pobocznego domku. Przy stole siedzi Haymitch z notatnikiem, a obok Plutarch.
-Widzę, że
pozbyłaś się zbędnego balastu? To dobrze, nie będą nam przeszkadzali. – zaczął
rozmowę.
-Siadaj skarbie,
słuchaj załatwiliśmy te bilety. Najpierw jedziemy do Czwórki, do twojej matki w
odwiedziny, a z stamtąd prosto do Kapitolu, ale już jako Lili Rose, Peter Haws,
Louis Clint oraz Thomas Latir.
-Lili Rose?
Dosyć sztuczne to imię i nazwisko. A może tak Elle Primrose?
-Primrose
odpada, za bardzo kojarzy się z twoją siostrą Elle może być, ale Rose zostaje.
-Okay.-
Takim właśnie sposobem od teraz jestem Elle Rose. Bosko, pozostało zmienić swój
imag. Ustaliliśmy wyjazd natychmiast. Plutarch dowiedział się, że przyjadą po
nas za tydzień, a więc mamy tylko pięć krótkich dni na zorientowanie się w tej
sprawie. Cóż dobre i tyle.
-Sądzę, że
powinniśmy się oddać pod opiekę Octavi, Flavii oraz Veni. – Naprawdę tak myślę.
Wiem, że nie wydadzą nas i mam pewność, że zrobią to dobrze w końcu od trzech
lat jestem ich stałym bywalcem. Jeśli ma to ktoś zrobić to tylko oni.
-Jestem tego
samego zdania. Trwali przy nas w najgorszym. Znieśli tortury, niewygody i
wytrwali przy naszym boku nie komentując zachowania. Po za tym są zbyt
przerażeni obecnym stanem by móc nam przeszkodzić. –Haymitch jak zwykle jest po
mojej stronie.
-Zostało nam
tylko wynieś torby oraz poinformować ich o naszej nagłej zmianie wyglądu.
–Wszystko podsumował Peeta. Wszyscy zgodnie wychodzimy w odstępach, co dziesięć
minut, aby nikt nie mógł śledzić nas wszystkich razem. Zastanawiałam się czy
goryle będą stały przed domem. Mam nadzieję, że dali sobie ze mną spokój. Nie
jestem masowym mordercą. Ten jeden jedyny raz to wyjątek. Przynajmniej zdałam
sobie sprawę jak fatalnie czuł się Peeta przeze mnie. Och, oby mi wybaczył
dzisiejszą rozmowę. Nie chcę by był na mnie zły. Nie kocham go, ale darzę go
większym uczuciem niż przyjaciela, on jedyny wie jak to jest być na moim
miejscu. Przeszedł więcej niż ja. Stracił swoje ja bez powrotnie, również z
mojej winy. Tak naprawdę zniszczyłam całe jego życie od momentu, gdy stanęliśmy
obok siebie na scenie podczas dożynek. Całe zamieszanie spowodowałam
przyjaźniąc się z nim oraz udając zakochaną. Często zastanawiam się „co by było
gdyby…”.
Teraz moja
kolej. Idę ciasną uliczką prosto na plac. Rozglądam się. Nie jestem pewna co do
osób, które mnie otaczają. Wszyscy są we mnie wpatrzeni. Nie wiem co sobie myślą,
ale mam nadzieję, że nie mają zamiaru obwiniać mnie o to wszystko, bo w innym
razie jestem skończona. A może oto właśnie chodziło? Może pani Paylor chce się
mnie pozbyć? A może Boggs miał racje tylko pomylił osoby? Nie wiedział o
sytuacji jaka nadejdzie. „Nie wracaj, nie ufaj im…” Muszę się mieć na baczności
nie chcę mieć kłopotów po raz kolejny.
Łał pięknie piszesz ^ ^! Tylko akcja jakoś leży dopiero teraz cokolwiek się zadziało... mam nadzieję, że następny rozdział będzie jakoś bardziej nafaszerowany akcją!
OdpowiedzUsuńCzekam na IV rozdział i mówię ci promuj się!!!
Życzę weny!
Ps. Jakbyś tak mogła przeskoczyć w akcji i od razu zacząć pisać jak dojeżdżają do czwórki to było by lepiej ominęłabyś zbędną i nudną akcję... A raczej czas między akcjami xD
PPS. Ja to tylko krytykować umiem xD
Dziękuję za komentarz i słowa krytyki :) Oczywiście spróbuję akcję nieco ożywić!
Usuń