sobota, 29 listopada 2014

ROZDZIAŁ III Nie jestem mordercą!!!


Jestem okropnie zła na niego. Obwiniam go za obecny stan rzeczy. Jest w Radzie Narodów.  Został wybrany razem z szóstką innych osób spośród kandydatów Paylor przez burmistrzów z Trzynastu Dystryktów. Przyjmują i odrzucają reformy bądź ustawy pani prezydent. Zanim cokolwiek jest ogłoszone przechodzi przez tą właśnie instytucje. Rzucam mu się do gardła. Moje palce wbijają się w jego szyję, czuję jego drobne kosteczki, na które naciskam z wielką siłą. Po chwili Strażnicy i Haymitch odciągają mnie od niego. Stoi, pociera ręką szyję i patrzy się na mnie. Jestem jeszcze bardziej wściekła.

-Czego chcesz? Czego? Nie mam już nic. Możesz brać, co chcesz! Jedyne, co możesz zrobić to zabić mnie, ale to ci się nie uda. Jesteś za słaby. Czego chcesz? I przestań pocierać szyję! Biedaczek, poczuł namiastkę smaku starcia ze śmiercią. Ojejku. Przepraszam!

-Katniss! Spokój! Co w ciebie wstąpiło? Skarbie uspokój się! Już dość! Koniec! –wykrzyczał mi prosto w twarz Haymitch. Nie mogę tego znieść nikt nie będzie mnie teraz upokarzał. Zaczęłam się miotać i próbuję wyrwać z ich uścisku. Na próżno. Jestem zaskoczona przewidzeniu przez nich tej sytuacji. Byli przygotowani. Czy ja jestem naprawdę, aż tak łatwo przewidywalna? Postanowiłam się uspokoić, aż tak ich nie uszczęśliwię. Najbardziej zadziwia mnie zachowanie Peety. Przenikliwie patrzy mi prosto w oczy jakby chciał wiedzieć się dzieje w środku mnie. Nie pomógł dla Haymitcha mnie odciągnąć, teraz tak jak wcześniej stoi oparty o ścianę. Przypomina mi się sytuacja sprzed roku. Gdy uradowana rzuciłam się w jego ramiona, a on próbował mnie zabić. Omal mu się to nie udało. Gdyby nie inni być może Kosogłos umarłby przed wygraną i to przez jednego z najbliższych mu osób. Co ja zrobiłam? Jest mi teraz wstyd, ale nie mogę tego okazać dla innych.  Strażnicy wyciągnęli mnie z domu. Ciągną mnie po ziemi w kierunku Łąki. Co chcą ze mną zrobić? Przede mną idzie Haymitch, co mnie trochę uspokaja. Ale dalej nie rozumiem gdzie i po co idziemy? Chwila przecież oni prowadzą mnie do lasu. Zaczęłam się szamotać, nie mam zamiaru zostać tam zamknięta i przywiązana najprawdopodobniej do jakiegoś drzewa, podczas gdy ta żmija będzie przebywała razem z resztą. Muszę się wszystkiego dowiedzieć. Jeszcze mocniej się wyrywam. Niechcący walnęłam jednego strażnika łokciem w twarz. Osunął się na ziemię. Mam teraz okazję do ucieczki. Niestety drugi złapał mnie za ręce i związał jakimś sznurkiem. Peeta chwycił mnie za dłoń. Nie wiem, co to ma znaczyć. Może chce, żebym się uspokoiła. No dobra, zobaczę, co chcą zrobić, w końcu las to mój żywioł, a ogrodzenie pod prądem zostało zmienione na cztero metrowy płot. Dam sobie radę.

Wszyscy siedzą na krzesłach obok piecyka, ja jestem ciągle pilnowana przez Haymitcha jego czujnym okiem. Jesteśmy w chatce nad jeziorem. Tu nie ma podsłuchów. Świetnie zdajemy sobie wszyscy sprawę, że nikt nie przyjechał do nas i nie szperał w celu ich odkrycia. Rozmawiamy o całym zajściu. Peeta bierze czynny udział w dyskusji i próbuje wtrącać swoje pięć groszy na temat igrzysk.

-Sądzę, że powinniśmy pojechać do Kapitolu i to jak najwcześniej, w końcu to tam możemy dowiedzieć się najwięcej rzeczy.

-Zgoda. Masz rację. Tylko czy otrzymamy pozwolenie na pałętanie się po całym pałacu i czy wolno nam będzie wychodzić poza teren „Szkoleniska”? –wtrącił słuszną uwagę Haymitch. Jako jedyna wśród zgromadzonych nie pisnęłam nawet słówka.  Może powinnam? W końcu jak chcę się czegoś dowiedzieć to muszę udawać zainteresowaną, a nie obłąkaną dziewczynkę z zamiarami zabicia Plutarcha. Choć tak właśnie dokładnie jest.

-Jeśli nie będziemy mogli my, to będzie mogła Effie. Przynajmniej ja tak sądzę.- Przełamałam się i powiedziałam coś niekoniecznie mądrego, ale przynajmniej na temat, a to już coś.

-Effie jest z nami w drużynie. Zapomniałaś? Nikt jej nie dopuści do takich informacji ze względu na jej ścisłą współpracę razem z nami.- odpowiada mi Peeta. Dalej próbuje wbić się mi do podświadomości. Przeszywa mnie swym wzrokiem. Ma piękne błękitne oczy.

-Nie. Po prostu sądzę, że trzeba kogoś zaradnego i zaufanego wtajemniczyć w nasz plan. Kogoś, kto będzie udawał niewiniątko i łatwo będzie mógł zdobyć wiadomości. Na przykład Effie.

- Hmm… Może ja? Pracuję w telewizji. Pare przemówień Paylor ułożyłem sam Być może i następne trafią do mnie? Do ich napisania potrzebuję najpierw informacji. –powiedział Heavensbee, patrząc dokładnie mi na ręce, jakby obawiał się ponownego ataku. Uśmiechnęłam się delikatnie to miło, że się mnie obawia. Widać nie jestem mu obojętna, a to dobry znak.

-Powiedziałam kogoś zaufanego, kogoś, komu ufamy bezwzględnie…- nie mogłam się powstrzymać od powiedzenia tej myśli na głos..

-Katnissss, proszę ja ciebie.- zasyczał Haymitch.

-Powiedziałam tylko to, co myślę. Czy to coś złego?- Muszę się trochę uspokoić, bo na jego krzyk dwa goryle, którzy byli przed chatką, stoją teraz nade mną i mocno wbijają pazury w moją ulubioną pomarańczową bluzkę. Ulubionego koloru Peety.

-Tak, zdecydowanie tak! Na litość boską uspokój się i jak masz coś powiedzieć to wyłącznie mądrego. Jesteś nam potrzebna. Nie bój się, byłaś, a raczej jesteś Kosogłosem. Nikt nie ma odwagi cię skrzywdzić. Wszcząłby nieokrzesane poruszenie wśród ludzi. Jesteś pod ścisłą ochroną, jako gatunek zagrożony wyginięciem. Rozumiesz?- warkną. Kiwam głową, ale tylko i wyłącznie po to by Strażnicy poluzowali swój ucisk rąk. Wcale nie boję się o siebie. Jedynie o dwadzieścia czterech małych dzieci i moich rówieśników. Nie jestem zwierzem by być pod ścisłą ochroną gatunkową. Jestem człowiekiem. Owszem jestem zdolna do wielu rzeczy, ale nie do skrzywdzenia niewinnych osób. Nie do nieograniczonego mordu.

-Myślę, że wszystko już zrozumiała. A teraz, co zamierzamy zrobić z tym fantem? Myślę, że Katniss i Plutarch mają rację. Abermathy kiwną lekko głową i Straż wyszła powrotem na podwórko.

-Zdecydowanie potrzebujemy wtyki, a ty- tu wskazał palcem na Plutarcha-nadawałbyś się świetnie. Co wy na to?

-Jestem za. –Powiedział. Haymitch. Żadne z nas się nie odzywa, z chyba wiadomych przyczyn dali nam spokój i poruszają kolejną kwestie. Musimy się teraz postarać o zezwolenie na podróż i o przemieszczanie się po stolicy Panem. Pan Heavensbee jest jedynie planem „B”, co mnie nie zwykle cieszy. Nie mam do niego zaufania. On coś ukrywa, nie jest czysty. Czy puścili go do Dwunastki? Musiał zapłacić bilet i zarezerwować wagon. Przecież doskonale wiedzą, że spotkałby się z nami. Nie wierzę w to szczerze.

Właśnie pakuję ostatnią torbę, dwóch goryli dalej nie poszło mimo tego, że jestem w moim domu. Sama. Zdecydowaliśmy, że musimy być gotowi na ewentualne pozwolenie od Kapitolu. Mam już tego dość, czemu robią przed nami z tego tajemnicę? Przecież będziemy mentorami. W dodatku nie wiemy jeszcze, kogo. Ktoś zastukał do domu, a Goryl numer Dwa poleciał do drzwi. Nie wiem jak się nazywają, więc mówię na nich Goryl Jeden i Goryl Dwa. Tak samo jak kiedyś Legg Jeden i Dwa. Szkoda mi ich, to były złe i smutne czasy. Zginęło tyle niewinnych osób. Za dużo. Zdecydowanie za dużo. Walki nie były przecież wyrównane i to przez całą wojnę. Czekam, aż Goryl Dwa przyprowadzi mi gościa. Słyszę jak ktoś wchodzi po schodach. Przede mną stanął Peeta.

-Choć Plutarch ma dla nas wiadomości.- Nie jestem do końca przekonana, że chcę je usłyszeć.

-Okay.- Wstanęłam z łóżka i poszłam za Peetą. Goryle oczywiście za nami. Szczerze mówiąc zaczynają mnie denerwować, mogliby dać sobie święty spokój. Dobra rozumiem, że byli ze mną podczas narady, ale przez cały czas? Nawet jak jestem sama w domu albo z Melarkiem? Czy naprawdę mogę być śmiertelnym zagrożeniem? To trochę chore… Za wszelką cenę próbuję się od nich odsunąć na ulicy. Nie chcę by ludzie postrzegali mnie, jako zbrodniarza, albo, jako osobę tak ważną, że potrzebna mi jest ochrona. Pare razy nawet mi się to udaje. Gdy doszliśmy do Głównego placu Peeta pociągną mnie za rękaw wprost do tłumu, i zaczął biec, a ja razem z nim. Nie dogonili nas. Teraz wędrujemy po ciasnych i zapuszczonych uliczkach.

-Katniss, musisz się opanować, bo w przeciwnym razie będziesz musiała zostać w domu i czekać na zbawienie.- zatrzymał się spojrzał mi prosto w oczy. Byliśmy na odległość kilkunastu centymetrów. W jego błękitnych oczach zapaliły się małe iskierki. Dokładnie się mu przyglądam. Nie chcę ominąć choćby najdrobniejszego szczegółu jego twarzy. Wreszcie przerywam tą niezręczną ciszę:

-Co czułeś, gdy mnie po raz pierwszy zobaczyłeś w szpitalu?- odkąd Heavensbee przekroczył próg, chciałam go o to zapytać. Czułam się wtedy jak i teraz niekomfortowo, gdy na mnie patrzył.

-A, co ty czułaś?- odpowiedział pytaniem ma pytanie.

-Nie uzasadnioną złość.- powiedziałam chyba szczerze. W sumie nie mam pojęcia, dlaczego. To wszystko zadziało się w ułamku sekundy: on wchodzi, a ja go duszę, jestem odciągnięta, idziemy do lasu, pobiłam Goryla Jeden, siedzimy w chatce.

-No widzisz, a ja czułem nieuzasadniony strach. Strach przed tym, że nas wszystkich zabijesz, że przez ciebie zginą niewinni ludzie, a ja mogę być jednym z nich. Teraz wiem, że byłem pod wpływem jadu; trujących toksyn, które sprawiły, że cię znienawidziłem i przestraszyłem jednocześnie. Byłem pionkiem w grze Snow’a i Coin. A ty działałaś pod wpływem, czego?

-Chyba pod wpływem emocji. Nie wracałeś przez długi czas, bałam się, że cie zabrali i Plutarch przyszedł po mnie. Wtedy trzymał cię za ramię, myślałam, że cię schwytali. Ale gdy zaczęłam… Tak naprawdę czuję do niego wstręt. Nie wiem czemu ale winię go o całe zamieszanie.- Dopiero teraz zrozumiałam ten ogromny błąd, który popełniłam. Przecież on jest kompletnie czysty, to nie on, to jad gończych os. Ja to zrobiłam świadomie. Więc panowałam wtedy nad sobą. Na twarz wylazły mi rumieńce. Ugh… Pytając go oto wypomniałam mu ten czyn, pokazałam, że pamiętam, jaki potrafi być groźny… On nigdy by czegoś takiego mi nie zrobił, zawsze myśli o wszystkich.

-Przepraszam. Nie powinnam o to ciebie pytać…

-…To nic. Rozumiem po prostu chciałaś się dowiedzieć. W sumie to dobrze, bo od dłuższego czasu zastanawiałem się nad tym.- Mimo wolnie lekko się uśmiechnęłam. Zawsze potrafi poprawić mi humor. Pociągnął mnie za rękę i zaprowadził do małego pobocznego domku. Przy stole siedzi Haymitch z notatnikiem, a obok Plutarch.

-Widzę, że pozbyłaś się zbędnego balastu? To dobrze, nie będą nam przeszkadzali. – zaczął rozmowę.

-Siadaj skarbie, słuchaj załatwiliśmy te bilety. Najpierw jedziemy do Czwórki, do twojej matki w odwiedziny, a z stamtąd prosto do Kapitolu, ale już jako Lili Rose, Peter Haws, Louis Clint oraz Thomas Latir.

-Lili Rose? Dosyć sztuczne to imię i nazwisko. A może tak Elle Primrose?

-Primrose odpada, za bardzo kojarzy się z twoją siostrą Elle może być, ale Rose zostaje.

-Okay.- Takim właśnie sposobem od teraz jestem Elle Rose. Bosko, pozostało zmienić swój imag. Ustaliliśmy wyjazd natychmiast. Plutarch dowiedział się, że przyjadą po nas za tydzień, a więc mamy tylko pięć krótkich dni na zorientowanie się w tej sprawie. Cóż dobre i tyle.

-Sądzę, że powinniśmy się oddać pod opiekę Octavi, Flavii oraz Veni. – Naprawdę tak myślę. Wiem, że nie wydadzą nas i mam pewność, że zrobią to dobrze w końcu od trzech lat jestem ich stałym bywalcem. Jeśli ma to ktoś zrobić to tylko oni.

-Jestem tego samego zdania. Trwali przy nas w najgorszym. Znieśli tortury, niewygody i wytrwali przy naszym boku nie komentując zachowania. Po za tym są zbyt przerażeni obecnym stanem by móc nam przeszkodzić. –Haymitch jak zwykle jest po mojej stronie.

-Zostało nam tylko wynieś torby oraz poinformować ich o naszej nagłej zmianie wyglądu. –Wszystko podsumował Peeta. Wszyscy zgodnie wychodzimy w odstępach, co dziesięć minut, aby nikt nie mógł śledzić nas wszystkich razem. Zastanawiałam się czy goryle będą stały przed domem. Mam nadzieję, że dali sobie ze mną spokój. Nie jestem masowym mordercą. Ten jeden jedyny raz to wyjątek. Przynajmniej zdałam sobie sprawę jak fatalnie czuł się Peeta przeze mnie. Och, oby mi wybaczył dzisiejszą rozmowę. Nie chcę by był na mnie zły. Nie kocham go, ale darzę go większym uczuciem niż przyjaciela, on jedyny wie jak to jest być na moim miejscu. Przeszedł więcej niż ja. Stracił swoje ja bez powrotnie, również z mojej winy. Tak naprawdę zniszczyłam całe jego życie od momentu, gdy stanęliśmy obok siebie na scenie podczas dożynek. Całe zamieszanie spowodowałam przyjaźniąc się z nim oraz udając zakochaną. Często zastanawiam się „co by było gdyby…”.

Teraz moja kolej. Idę ciasną uliczką prosto na plac. Rozglądam się. Nie jestem pewna co do osób, które mnie otaczają. Wszyscy są we mnie wpatrzeni. Nie wiem co sobie myślą, ale mam nadzieję, że nie mają zamiaru obwiniać mnie o to wszystko, bo w innym razie jestem skończona. A może oto właśnie chodziło? Może pani Paylor chce się mnie pozbyć? A może Boggs miał racje tylko pomylił osoby? Nie wiedział o sytuacji jaka nadejdzie. „Nie wracaj, nie ufaj im…” Muszę się mieć na baczności nie chcę mieć kłopotów po raz kolejny.

Jestem już o krok od domu. Jakaś sylwetka próbuje zajrzeć przez okno do środka. Chwila, czyżby to…


________________________________________________________________________

I jak rozdział? Mam nadzieję, że jest całkiem możliwy akcja dopiero się rozwija i nie jestem pewna co do długości rozdziałów. Nie za krótkie? ;* Mam nadzieję, że się podoba komentujcie :*******



 

2 komentarze:

  1. Łał pięknie piszesz ^ ^! Tylko akcja jakoś leży dopiero teraz cokolwiek się zadziało... mam nadzieję, że następny rozdział będzie jakoś bardziej nafaszerowany akcją!
    Czekam na IV rozdział i mówię ci promuj się!!!
    Życzę weny!
    Ps. Jakbyś tak mogła przeskoczyć w akcji i od razu zacząć pisać jak dojeżdżają do czwórki to było by lepiej ominęłabyś zbędną i nudną akcję... A raczej czas między akcjami xD
    PPS. Ja to tylko krytykować umiem xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz i słowa krytyki :) Oczywiście spróbuję akcję nieco ożywić!

      Usuń